Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 9: PAN

W kącie między tylnymi œścianami szop i przybudówek był zaułek

podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek

i tylną śœcianę kurnika - głucha zatoka, poza którą nie było już wyjśœcia.

Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwie

głową w œślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną œścianę

tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej,

œśmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca

rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, aż

rozluŸźniła jedną z poziomych, potężnych desek. My, chłopcy, dokonaliœśmy

reszty i wyważyli, wysunęli ciężką omszałą deskę z osady. Tak zrobiliśœmy

wyłom, otworzyliœśmy okno na słońce. Stanąwszy nogą na desce, rzuconej

jak most przez kałużę, mógł więzień podwórza w poziomej pozycji

przecisnąć się przez szparę, która wypuszczała go w nowy, przewiewny i

rozległy śœwiat. Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze,

rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane

srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna, zmieszana,

nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam

zwykłe, trawiaste źdźŸbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były

delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i

szorstkie listki bluszczyków i śœlepych pokrzyw, pachnące miętą;

łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kiœćmi

grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to, splątane i puszyste, przepojone

było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone

niebem. Gdy się leżało w trawie, było się przykrytym całą błękitną

geografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległą

mapą niebios. Od tego obcowania z powietrzem liœście i pędy pokryły się

delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczków,

jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot

delikatny i białawy spokrewniał liœście z atmosferą, dawał im srebrzysty,

szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami

słońca. A jedna z tych rośœlin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych

łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo

powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych

przez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. Ogród był

rozległy i rozgałęziony kilku odnogami i miał różne strefy i klimaty. W

jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam

podśœcielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń.

Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień

między tylną œścianę opuszczonej fabryki wody sodowej, wyraźŸnie

pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i

niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał

chwastem wszelkim, aż w samym końcu między œścianami, w szerokiej

prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie był

już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wœciekłośœci, cyniczny

bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji,

panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów - ogromne wiedŸźmy,

rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je

z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestne, dziurawe

łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię

bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się

jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą

masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go

ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.

Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu

zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.

Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośœnie bez miary i rachuby na całej

przestrzeni, rośœnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w

dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiœ, wyrodny czas, w nieznaną dymensję,

w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja

śœcigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków,

trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I

zdarzyło się wówczas, że któraśœ z tych jaskrawych plamek rozpadła się w

locie na dwie, potem na trzy - i ten drgający, oœślepiająco biały

trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących

się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śœmiejąc

się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Wtedy nagle ujrzałem go. Zanurzony

po pachy w łopuchach, kucał przede mną. Widziałem jego grube bary w

brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku,

siedział tak - z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego

dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się

pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z

jakimœ ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który

mnie ujął jakby w kleszcze. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć

brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła

kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie

bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie

natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia.

Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu.

Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały

wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo

dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do

pęknięcia, wyboczył się jakiœś straszny, załamany cierpieniem grymas i

ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim,

wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem

śœmiechu. Do głębi wstrząśœnięty, widziałem, jak hucząc śœmiechem z

potężnych piersi, dźŸwignął się powoli z kucek i zgarbiony jak goryl, z

rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące

blachy łopuchów, wielkimi skokami - Pan bez fletu, cofający się w

popłochu do swych ojczystych kniei.