Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 8: Nemrod

Cały sierpień owego roku przebawiłem się z małym, kapitalnym

pieskiem, który pewnego dnia znalazł się na podłodze naszej kuchni,

niedołężny i piszczący, pachnący jeszcze mlekiem i niemowlęctwem, z nie

uformowanym, okrągławym, drżącym łebkiem, z łapkami jak u kreta

rozkraczonymi na boki i z najdelikatniejszą, mięciutką sierścią. Od

pierwszego wejrzenia zdobyła sobie ta kruszynka życia cały zachwyt, cały

entuzjazm chłopięcej duszy. Z jakiego nieba spadł tak niespodzianie ten

ulubieniec bogów, milszy sercu od najpiękniejszych zabawek? Że też

stare, zgoła nieinteresujące pomywaczki wpadają niekiedy na tak œświetne

pomysły i przynoszą z przedmieśœcia - o całkiem wczesnej,

transcendentalnej porannej godzinie - takiego oto pieska do naszej

kuchni! Ach! było się jeszcze - niestety - nieobecnym, nieurodzonym z

ciemnego łona snu, a już to szczꜶcie ziœściło się, już czekało na nas,

niedołężnie leżące na chłodnej podłodze kuchni, nie docenione przez

Adelę i domowników. Dlaczego nie obudzono mnie wcześœniej! Talerzyk mleka

na podłodze śœwiadczył o macierzyńskich impulsach Adeli, œświadczył

niestety także i o chwilach przeszłośœci, dla mnie na zawsze straconej, o

rozkoszach przybranego macierzyństwa, w których nie brałem udziału. Ale

przede mną leżała jeszcze cała przyszłoœść. Jakiż bezmiar dośœwiadczeń,

eksperymentów, odkryć otwierał się teraz! Sekret życia, jego

najistotniejsza tajemnica sprowadzona do tej prostszej, poręczniejszej i

zabawkowej formy odsłaniała się tu nienasyconej ciekawośœci. Było to

nadwyraz interesujące, mieć na własnośœć taką odrobinkę życia, taką

cząsteczkę wieczystej tajemnicy, w postaci tak zabawnej i nowej,

budzącej nieskończoną ciekawośœć i respekt sekretny swą obcoœścią,

niespodzianą transpozycją tego samego wątku życia, który i w nas był, na

formę od naszej odmienną, zwierzęcą. Zwierzęta! cel nienasyconej

ciekawośœci, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by

człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację

na tysiąc kalejdoskopowych możliwośœci, każdą doprowadzoną do jakiegośœ

paradoksalnego krańca, do jakiejœś wybujałośœci pełnej charakteru.

Nieobciążone splotem egzotycznych interesów, mącących stosunki

międzyludzkie, otwierało się serce pełne sympatii dla obcych emanacji

wiecznego życia, pełne miłosnej współpracującej ciekawośœci, która była

zamaskowanym głosem samopoznania. Piesek był aksamitny, ciepły i

pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu,

niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć

palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z

wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg.

Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcący

napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieśœć żałośœnie małą

mordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpieli

mlecznej. Chód jego był niezgrabnym toczeniem się, bokiem na ukos w

niezdecydowanym kierunku, po linii trochę pijanej i chwiejnej. Dominantą

jego nastroju była jakaœ nieokreśœlona i zasadnicza żałoœść, sieroctwo i

bezradnośœć - niezdolnośœć do zapełnienia czymśœ pustki życia pomiędzy

sensacjami posiłków. Objawiało się to bezplanowośœcią i niekonsekwencją

ruchów, irracjonalnymi napadami nostalgii z żałosnym skomleniem i

niemożnośœcią znalezienia sobie miejsca. Nawet jeszcze w głębi snu, w

którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał używając do

tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący - towarzyszyło mu

poczucie osamotnienia i bezdomnoœści. Ach, życie - młode i wątłe życie,

wypuszczone z zaufanej ciemnośœci, z przytulnego ciepła łona

macierzystego w wielki i obcy, śœwietlany śœwiat, jakże kurczy się ono i

cofa, jak wzdraga się zaakceptować tę imprezę, którą mu proponują -

pełne awersji i zniechęcenia! Lecz zwolna mały Nemrod (otrzymał był to

dumne i wojownicze imię) zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanie

obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielośœci. ŒŚwiat zaczyna

nań nastawiać pułapki: nieznany a czarujący smak różnych pokarmów,

czworobok porannego słońca na podłodze, na którym tak dobrze jest

położyć się, ruchy własnych członków, własne łapki, ogonek, figlarnie

wyzywający do zabawy z samym sobą, pieszczoty ręki ludzkiej, pod którymi

zwolna dojrzewa pewna swawolnośœć, wesołośœć rozpierająca ciało i rodząca

potrzebę zgoła nowych, gwałtownych i ryzykownych ruchów - wszystko to

przekupuje, przekonywa i zachęca do przyjęcia, do pogodzenia się z

eksperymentem życia. I jeszcze jedno. Nemrod zaczyna rozumieć, że to, co

mu się tu podsuwa, mimo pozorów nowośœci jest w gruncie rzeczy czymśœ, co

już było - było wiele razy - nieskończenie wiele razy. Jego ciało

poznaje sytuacje, wrażenia i przedmioty. W gruncie rzeczy to wszystko

nie dziwi go zbytnio. W obliczu każdej nowej sytuacji daje nura w swoją

pamięć, w głęboką pamięć ciała, i szuka omackiem, gorączkowo - i bywa,

że znajduje w sobie odpowiednią reakcję już gotową: mądrość pokoleń,

złożoną w jego plazmie, w jego nerwach. Znajduje jakieśœ czyny, decyzje,

o których sam nie wiedział, że już w nim dojrzały, że czekały na to, by

wyskoczyć. Sceneria jego młodego życia, kuchnia z wonnymi cebrami, ze

œścierkami o skomplikowanej i intrygującej woni, z kłapaniem pantofli

Adeli, z jej hałaśœliwym krzątaniem się - nie straszy go więcej. Przywykł

uważać ją za swoją domenę, zadomowił się w niej i począł rozwijać w

stosunku do niej niejasne poczucie przynależnośœci, ojczyzny. Chyba że

niespodzianie spadał nań kataklizm w postaci szorowania podłogi -

obalenie praw natury, chlusty ciepłego ługu, podmywające wszystkie

meble, i groźŸny szurgot szczotek Adeli. Ale niebezpieczeństwo mija,

szczotka uspokojona i nieruchoma leży cicho w kącie, schnąca podłoga

pachnie miło mokrym drzewem. Nemrod, przywrócony znowu do swych

normalnych praw i do swobody na terenie własnym, czuje żywą ochotę

chwytać zębami stary koc na podłodze i targać nim z całej siły na prawo

i lewo. Pacyfikacja żywiołów napełnia go niewymowną radośœcią. Wtem staje

jak wryty: przed nim, o jakie trzy kroki pieskie, posuwa się czarna

maszkara, potwór sunący szybko na pręcikach wielu pogmatwanych nóg. Do

głębi wstrząœśnięty Nemrod posuwa wzrokiem za skoœśnym kursem błyszczącego

owada, śœledząc w napięciu ten płaski, bezgłowy i śœlepy kadłub, niesiony

niesamowitą ruchliwoœcią pajęczych nóg. Coœ w nim na ten widok wzbiera,

coœ dojrzewa, pęcznieje, czego sam jeszcze nie rozumie, niby jakiœ gniew

albo strach, lecz raczej przyjemny i połączony z dreszczem siły,

samopoczucia, agresywnoœści. I nagle opada na przednie łapki i wyrzuca z

siebie głos, jeszcze jemu samemu nie znany, obcy, całkiem niepodobny do

zwykłego kwilenia. Wyrzuca go z siebie raz, i jeszcze raz, i jeszcze,

cienkim dyszkantem, który się co chwila wykoleja. Ale nadaremnie

apostrofuje owada w tym nowym, z nagłego natchnienia zrodzonym języku. W

kategoriach umysłu karakoniego nie ma miejsca na tę tyradę i owad odbywa

dalej swą skośœną turę ku kątowi pokoju, wœśród ruchów uśœwięconych

odwiecznym karakonim rytuałem. Wszelako uczucia nienawiśœci nie mają

jeszcze trwałoœści i mocy w duszy pieska. Nowoobudzona radośœć życia

przeistacza każde uczucie w wesołośœć. Nemrod szczeka jeszcze, lecz sens

tego szczekania zmienił się niepostrzeżenie, stało się ono swoją własną

parodią - pragnąc w gruncie rzeczy wysłowić niewymowną udatnoœść tej

œświetnej imprezy życia, pełnej pikanterii, niespodzianych dreszczyków i

point.