Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 7: Traktat O Manekinach

Dokończenie

Któregośœ z następnych wieczorów ojciec

mój w te słowa ciągnął dalej swą prelekcję: Nie o tych

nieporozumieniach ucieleśœnionych, nie o tych smutnych parodiach, moje

panie, owocach prostackiej i wulgarnej niepowśœciągliwoœci - chciałem

mówić zapowiadając mą rzecz o manekinach. Miałem na myœśli coœ innego. Tu

ojciec mój zaczął budować przed naszymi oczyma obraz tej wymarzonej

przez niego „generatio aequivoca”, jakiegośœ pokolenia istot na wpół

tylko organicznych, jakiejœś pseudowegetacji i pseudofauny, rezultatów

fantastycznej fermentacji materii. Były to twory podobne z pozoru do

istot żywych, do kręgowców, skorupiaków, członkonogów, lecz pozór ten

mylił. Były to w istocie istoty amorfne, bez wewnętrznej struktury,

płody imitatywnej tendencji materii, która obdarzona pamięcią, powtarza

z przyzwyczajenia raz przyjęte kształty. Skala morfologii, której

podlega materia, jest w ogóle ograniczona i pewien zasób form powtarza

się wciąż na różnych kondygnacjach bytu. Istoty te - ruchliwe, wrażliwe

na bodźŸce, a jednak dalekie od prawdziwego życia - można było otrzymać

zawieszając pewne skomplikowane koloidy w roztworach soli kuchennej.

Koloidy te po kilku dniach formowały się, organizowały w pewne

zagęszczenia substancji przypominającej niższe formy fauny. U istot tak

powstałych można było stwierdzić proces oddychania, przemianę materii,

ale analiza chemiczna nie wykazywała w nich nawet œśladu połączeń

białkowych ani w ogóle związków węgla. Wszelako prymitywne te formy były

niczym w porównaniu z bogactwem kształtów i wspaniałoœści pseudofauny i

flory, która pojawia się niekiedy w pewnych œściśœle okreśœlonych

œśrodowiskach. ڌrodowiskami tymi są stare mieszkania, przesycone

emanacjami wielu żywotów i zdarzeń - zużyte atmosfery, bogate w

specyficzne ingrediencje marzeń ludzkich - rumowiska, obfitujące w humus

wspomnień, tęsknot, jałowej nudy. Na takiej glebie owa pseudowegetacja

kiełkowała szybko i powierzchownie, pasożytowała obficie i efemerycznie,

pędziła krótkotrwałe generacje, które rozkwitały raptownie i œświetnie,

ażeby wnet zgasnąć i zwiędnąć. Tapety muszą być w takich mieszkaniach

już bardzo zużyte i znudzone nieustanną wędrówką po wszystkich

kadencjach rytmów; nic dziwnego, że schodzą na manowce dalekich,

ryzykownych rojeń. Rdzeń mebli, ich substancja musi już być rozluźniona,

zdegenerowana i podległa występnym pokusom: wtedy na tej chorej,

zmęczonej i zdziczałej glebie wykwita, jak piękna wysypka, nalot

fantastyczny, kolorowa, bujająca pleœśń. - Wiedzą panie - mówił ojciec

mój - że w starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina.

Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu między starymi murami i

zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze

stracone dla naszej pamięci, powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi,

prowadzące do nich z jakiegoœ podestu tylnych schodów, mogą być tak

długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę, która

zaciera ich śœlad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys. - Wszedłem raz -

mówił ojciec mój - wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach

nieobecności, do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem

wyglądem tych pokojów. Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich

gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy i napełniały szare powietrze

migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejśœ

cieplarni, pełnej szeptów, lśœnień, kołysań, jakiejśœ fałszywej i błogiej

wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą, wzdłuż szaf chwiały się

kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w

fontanny koronkowego listowia, bijące aż pod malowane niebo sufitu

rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały

w tym listowiu ogromne, białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach,

bujały od œśrodka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi, gubiąc

płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu. - Byłem szcz궜liwy -

mówił mój ojciec - z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił

powietrze migotliwym szelestem, łagodnym szumem, przesypującym się jak

kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek. Widziałem, jak z drgania

powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje

to pospieszne kwitnienie, przelewanie się i rozpadanie fantastycznych

oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śœnieżycą wielkich,

różowych kiœci kwietnych. - Nim zapadł wieczór - kończył ojciec - nie

było już śœladu tego œświetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była

tylko mistyfikacją, wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa

się pod pozór życia. Ojciec mój był dnia tego dziwnie ożywiony,

spojrzenia jego, chytre, ironiczne spojrzenia, tryskały werwą i humorem.

Potem, nagle poważniejąc, znów rozpatrywał nieskończoną skalę form i

odcieni, jakie przybierała wielokształtna materia. Fascynowały go formy

graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików,

pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach

rozrastała się z ust uœśpionego na cały stół, napełniała cały pokój, jako

bujająca, rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha.

postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoźŸdziami na gwałt zbite życie

szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej

pomysłowośœci ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących

się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęœliwą osobowośœć. Ile starej,

mądrej męki jest w bejcowanych słojach, żyłach i fladrach naszych

starych, zaufanych szaf. Kto rozpozna w nich stare, zheblowane,

wypolerowane do niepoznaki rysy, uœmiechy, spojrzenia! Twarz mego ojca,

gdy to mówił, rozeszła się zamyśœloną lineaturą zmarszczek, stała się

podobna do sęków i słojów starej deski, z której zheblowano wszystkie

wspomnienia. Przez chwilę myśœleliœmy, że ojciec popadnie w stan

drętwoty, który nawiedzał go czasem, ale ocknął się nagle, opamiętał i

tak ciągnął dalej: - Dawne, mistyczne plemiona balsamowały swych

umarłych. W œściany ich mieszkań były wprawione, wmurowane ciała, twarze:

w salonie stał ojciec - wypchany, wygarbowana żona-nieboszczka była

dywanem pod stołem. Znałem pewnego kapitana, który miał w swej kajucie

lampę-meluzynę, zrobioną przez malajskich balsamistów z jego

zamordowanej kochanki. Na głowie miała ogromne rogi jelenie. W ciszy

kajuty głowa ta, rozpięta między gałęziami rogów u stropu, powoli

otwierała rzęsy oczu; na rozchylonych ustach lœniła błonka śœliny,

pękająca od cichego szeptu. Głowonogi, żółwie i ogromne kraby,

zawieszone na belkach sufitu jako kandelabry i pająki, przebierały w tej

ciszy bez końca nogami, szły i szły na miejscu... Twarz mojego ojca

przybrała naraz wyraz troski i smutku, gdy myśœli jego na drogach nie

wiedzieć jakich asocjacji przeszły do nowych przykładów: - Czy mam

przemilczeć - mówił przyciszonym głosem - że brat mój na skutek długiej

i nieuleczalnej choroby zamienił się stopniowo w zwój kiszek gumowych,

że biedna moja kuzynka dniem i nocą nosiła go w poduszkach, nucąc

nieszczęśliwemu stworzeniu nieskończone kołysanki nocy zimowych? Czy

może być cośœ smutniejszego niż człowiek zamieniony w kiszkę hegarową? Co

za rozczarowanie dla rodziców, co za dezorientacja dla ich uczuć, co za

rozwianie wszystkich nadziei, wiązanych z obiecującym młodzieńcem! A

jednak wierna miłoœść biednej kuzynki towarzyszyła mu i w tej przemianie.

przechylając się na krześœle. - Ucisz go, Adelo... Dziewczęta wstały,

Adela podeszła do ojca i wyciągniętym palcem uczyniła ruch zaznaczający

łaskotanie. Ojciec stropił się, zamilkł i zaczął, pełen przerażenia,

cofać się tyłem przed kiwającym się palcem Adeli. Ta szła za nim ciągle,

grożąc mu jadowicie palcem, i wypierała go krok za krokiem z pokoju.

Paulina ziewnęła przeciągając się. Obie z Poldą, wsparte o siebie

ramionami, spojrzały sobie w oczy z uœśmiechem.