Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 6: Traktat O Manekinach

Ciąg dalszy

Następnego wieczora ojciec podjął z odnowioną swadą ciemny i zawiły

swój temat. Lineatura jego zmarszczek rozwijała się i zawijała

z wyrafinowaną chytrośœcią. W każdej spirali ukryty był pocisk ironii.

Ale czasami inspiracja rozszerzała kręgi jego

zmarszczek, które rosły jakąœ ogromną wirującą grozą, uchodząc w

milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje panie

strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona

zawsze pełna tragicznej powagi. Kto oœśmiela się myśœleć, że można igrać z

materią, że kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią,

nie wżera się natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie

ból, cierpienie głuche, nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej

pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem

narzuconej formie, będącej parodią? Czy pojmujecie potęgę wyrazu, formy,

pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on na bezbronną kłodę i

opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza? Nadajecie jakiejœ

głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym gniewem,

z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze śœlepą

złoœścią, dla której nie ma odpływu. Tłum śœmieje się z tej parodii.

Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej,

gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi

ten gest, który jej raz na zawsze nadano. Tłum œśmieje się. Czy

rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne okrucieństwo tego

œśmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na

widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się

strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek

wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie

nad śœmiesznym swym grymasem. Oto jest anarchista Luccheni, morderca

cesarzowej Elżbiety, oto Draga, demoniczna i nieszcz궜liwa królowa

Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i duma rodu, którego zgubił

nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych pozorów! Czy jest w

tej pałubie naprawdę coœ z królowej Dragi, jej sobowtór, najdalszy bodaj

cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja nas i nie

pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszcz궜liwy. A

jednak to musi być ktoœ, moje panie, ktoœ anonimowy, ktoœ groźny, ktoœ

nieszcz궜liwy, ktoœ, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o

królowej Dradze... Czy słyszeliœście po nocach straszne wycie tych pałub

woskowych, zamkniętych w budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów

z drzewa i porcelany, walących piꜶciami w œściany swych więzień? W

twarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemnośœci,

utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzało

groźŸne oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle

włosów, strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa,

nastroszyły się na swych korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymi

oczyma, drżąc od wewnętrznego wzburzenia, jak automat, który zaciął się

i zatrzymał na martwym punkcie. Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o

przymknięcie oczu na to, co się za chwilę stanie. Potem podeszła do ojca

i z rękoma na biodrach, przybierając pozór podkreśœlonej stanowczoœci,

zażądała bardzo dobitnie... Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi

oczyma, w dziwnej drętwośœci.