Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 5: Wtóra Księga Rodzaju

Demiurgos - mówił mój ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem

wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodnoœść,

niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci

do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraŸźne uśmiechy,

zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia

faluje od nieskończonych możliwośœci, które przez nią przechodzą mdłymi

dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w

sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkośœci, które z

siebie w śœlepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,

lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich

impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego

rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i

wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i

najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,

każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i

luźŸne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w

redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.

Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form

bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego

eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjœścia dla

nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego

przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -

nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane

formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse

niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept

twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogoœść rodzajów, odnawiających się

własną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną

zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśœliby nawet te

klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,

pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i

występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał

się do terenu swych ciaœśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do

wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a

wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i

ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej

solennośœci. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrośœć

jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą

chytroœścią w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia

najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się

w najgłębszym zakamarku, przypierał do œściany i łaskotał, drapał

ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i œśmiechu,

œśmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się

kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod

igłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnując

czarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej za

oknem. - Zbyt długo żyliœśmy pod terrorem niedośœcigłej doskonałości

Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałośœć jego tworu

paraliżowała naszą własną twórczośœć. Nie chcemy z nim konkurować. Nie

mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej

sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,

pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu

proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowoœść, jaka korporacja,

sekta czy zakon, nadawała swą solidarnoœścią patos jego słowom. Co do

nas, to byliœmy dalecy od wszelkich zakusów demiurgicznych. Lecz ojciec

mój rozwinął tymczasem program tej wtórej demiurgii, obraz tej drugiej

generacji stworzeń, która stanąć miała w otwartej opozycji do panującej

epoki. - Nie zależy nam - mówił on - na tworach o długim oddechu, na

istotach na daleką metę. Nasze kreatury nie będą bohaterami romansów w

wielu tomach. Ich role będą krótkie, lapidarne, ich charaktery - bez

dalszych planów. Często dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmiemy

się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy

otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałośœć ani solidnośœć

wykonania, twory nasze będą jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz

zrobione. Jeśœli będą to ludzie, to damy im na przykład tylko jedną

stronę twarzy, jedną rękę, jedną nogę, tę mianowicie, która im będzie w

ich roli potrzebna. Byłoby pedanterią troszczyć się o ich drugą, nie

wchodzącą w grę nogę. Z tyłu mogą być po prostu zaszyte płótnem lub

pobielone. Naszą ambicję pokładać będziemy w tej dumnej dewizie: dla

każdego gestu inny aktor. Do obsługi każdego słowa, każdego czynu

powołamy do życia innego człowieka. Taki jest nasz smak, to będzie œświat

według naszego gustu. Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i

skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu

porywa nas, zachwyca tanioœść, lichota, tandetnoœść materiału. Czy

rozumiecie - pytał mój ojciec - głęboki sens tej słaboœści, tej pasji do

pstrej bibułki, do papier mâché , do lakowej farby, do kłaków i

trociny? To jest - mówił z bolesnym uœmiechem - nasza miłoœść do materii

jako takiej, do jej puszystośœci i porowatośœci, do jej jedynej,

mistycznej konsystencji. Demiurgos, ten wielki mistrz i artysta, czyni

ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My, przeciwnie, kochamy

jej zgrzyt, jej opornośœć, jej pałubiastą niezgrabnoœść. Lubimy pod każdym

gestem, pod każdym ruchem widzieć jej ociężały wysiłek, jej bezwład, jej

słodką niedŸwiedziowatośœć. Dziewczęta siedziały nieruchomo z szklanymi

oczyma. Twarze ich były wyciągnięte i zgłupiałe zasłuchaniem, policzki

podmalowane wypiekami, trudno było w tej chwili ocenić, czy należą do

pierwszej, czy do drugiej generacji stworzenia. - Słowem - konkludował

mój ojciec - chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i

podobieństwo manekinu. Tu musimy dla wiernośœci sprawozdawczej opisać

pewien drobny i błahy incydent, który zaszedł w tym punkcie prelekcji i

do którego nie przywiązujemy żadnej wagi. Incydent ten, całkowicie

niezrozumiały i bezsensowny w tym danym szeregu zdarzeń, da się chyba

wytłumaczyć jako pewnego rodzaju automatyzm szczątkowy, bez antecedensów

i bez ciągłoœści, jako pewnego rodzaju złośœliwoœść obiektu, przeniesiona w

dziedzinę psychiczną. Radzimy czytelnikowi zignorować go z równą

lekkomyśœlnośœcią, jak my to czynimy. Oto jego przebieg: W chwili gdy mój

ojciec wymawiał słowo „manekin”, Adela spojrzała na zegarek na

bransoletce, po czym porozumiała się spojrzeniem z Poldą. Teraz wysunęła

się wraz z krzesłem o piędźŸ naprzód, podniosła brzeg sukni, wystawiła

powoli stopę, opiętą w czarny jedwab, i wyprężyła ją jak pyszczek węża.

Tak siedziała przez cały czas tej sceny, całkiem sztywno, z wielkimi,

trzepoczącymi oczyma, pogłębionymi lazurem atropiny, z Poldą i Pauliną

po obu bokach. Wszystkie trzy patrzyły rozszerzonymi oczami na ojca. Mój

ojciec chrząknął, zamilkł, pochylił się i stał się nagle bardzo

czerwony. W jednej chwili lineatura jego twarzy, dopiero co tak

rozwichrzona i pełna wibracji, zamknęła się na spokorniałych rysach. On

się nagle w sobie, zapadł i zwinął. A może wymieniono go na innego. Ten

inny siedział sztywny, bardzo czerwony, ze spuszczonymi oczyma. Panna

Polda podeszła i pochyliła się nad nim. Klepiąc go lekko po plecach,

mówiła tonem łagodnej zachęty: - Jakub będzie rozsądny, Jakub posłucha,

Jakub nie będzie uparty. No, proszę... Jakub, Jakub... Wypięty

pantofelek Adeli drżał lekko i błyszczał jak języczek węża. Mój ojciec

podniósł się powoli ze spuszczonymi oczyma, postąpił krok naprzód, jak

automat, i osunął się na kolana. Lampa syczała w ciszy, w gęstwinie

tapet biegły tam i z powrotem wymowne spojrzenia, leciały szepty

jadowitych języków, gzygzaki myśœli...