Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 4: Manekiny

Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,

ostatnim i œświetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny

improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy

jałowej i pustej zimy. Dziœś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z

jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącej

miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony

bronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym

młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego

trybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale

przywykli do œświetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,

byliœśmy skłonni zapoznawać wartośœć jego suwerennej magii, która nas

ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut

za jej bezmyśœlny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśœmy jakieœ niskie

zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałoœści, których

kosztowaliœśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od

odpowiedzialnośœci za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w

stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliœśmy niejasno jakąś misję i

posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się

ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad

oddał w ręce wroga domenę swej byłej œświetnoœści. Dobrowolny banita

usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam

samotnośœcią. Zapomnieliœśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron

żałobna szarośœć miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem œświtów,

pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro

długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźŸnione błogo za tamtych dni

i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się

znów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.

Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz

osowiałe i zgryźŸliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoœ

przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela

we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe œświece, nieudolny surogat, blade

wspomnienie śœwietnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ich

ogrody. Ach! gdzie było to œświegotliwe pączkowanie, to owocowanie

pośœpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z

pękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,

rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe

oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,

metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe

śœlady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,

utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze.

Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwośœci

barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doœświadczał

œświdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem

dziwnej sennoœści. Łóżka cały dzień nie zaœścielone, zawalone pośœcielą

zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do

odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejśœ czarnej, bezgwiezdnej

Wenecji. O głuchym œświcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliœśmy się

leniwie w zimnych pokojach, przy œświetle œświecy odbitej wielokrotnie w

czarnych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,

rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu

słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,

brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą

ciemnośœć. Matka nie mogła dojœść do ładu z toaletą. ŒŚwiece dogasały w

lichtarzu. Adela przepadała gdzieœ w odległych pokojach lub na strychu,

gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody

jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośœle

sadzy w gardzieli komina. ڌwieca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.

Z głowami na obrusie stołu, wœród resztek œśniadania zasypialiœśmy na wpół

ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemnoœści, odpływaliœśmy na

jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicośœć. Budziło nas głoœśne

sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła

czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor

złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych

bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale

szcz궜liwy moment mijał, amalgamat œświtu przekwitał, wezbrany ferment

dnia, już niemal dośœcigły, opadał z powrotem w bezsilną szarośœć.

Zasiadaliśœmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle

proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,

dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek

z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową

do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliœśmy w nich herb owego dnia,

emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliœśmy go

pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą

fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą

kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy

wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśœli

heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z

wygotowanymi oczyma - czuliśœmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami

pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z

resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich

ceregieli. Wœród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z

energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na

otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.

Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z

rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju

milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianą

gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, ta

cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,

nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski

przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,

przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały z

uwagą i cierpliwośœcią milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.

Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i

odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,

podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak

ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i

sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały

maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa

odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy

dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc

otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.

Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc

nieœświadomie niby w œśmietniku możliwego jakiegoœ karnawału, w rupieciami

jakiejśœ wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze

szmatek z nerwowym œśmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,

szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które

zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach

lekkomyśœlnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak

kolorową fantastyczną śœnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,

ażeby w niecierpliwośœci swej samotni, w głodzie obcych twarzy,

przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśœniętą. Wachlowały

rozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -

odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,

gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy

przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistośœci. Miały

wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im

wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od

dawna czekały, by móc wpaśœć w swą rolę dawno przygotowaną, z dawna

tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącą

dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi na

wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,

przedsiębranych pod nieobecnoœść Adeli, natknął się mój ojciec na ten

cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego

pokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą

idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne

znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśœród wzdętych firanek

okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła

dziewczęta, ośœwiecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych

drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w

biodrach, polœśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,

sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać

po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec

mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -

Genus avium... jeśœli się nie mylę, scansores albo pistacci... w

najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się

początkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło

oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistoœści. Odpłacając

się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę

wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować

strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku

konwersacji, z powagą i wytwornośœcią, która najryzykowniejszym punktom

tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana

Pauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną

konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak

szczꜶliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prosta

jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim

mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym

odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę

stworzenia, wołałbym: - mniej treśœci, więcej formy! Ach, jakby ulżył

œświatu ten ubytek treśœci. Więcej skromnoœści w zamierzeniach, więcej

wstrzemi꼟liwośœci w pretensjach - panowie demiurdzy - a œświat byłby

doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego

wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela

stanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było

to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.

My wszyscy, którzy asystowaliœśmy przy tym spotkaniu, przeżyliœśmy chwilę

wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro by㠜świadkami nowego

upokorzenia i tak już ciężko doœświadczonego męża. Mój ojciec powstał z

klęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz

ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na

wysokości sytuacji. Podeszła z uśœmiechem do ojca i dała mu prztyczka w

nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły radośnie w dłonie, zatupotały

nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim

stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się

zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołośœci. Oto jest początek

wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony

urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych

tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z

niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do

korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego

jądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie

sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i

dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.

Nasz herezjarcha szedł wśœród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je i

uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego

ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jego

teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z

należytą ostrożnośœcią, i unikając zgorszenia, tę nader kacerską

doktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowała

wszystkie jego poczynania.