Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 2: Nawiedzenie

1

Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w

chroniczną szaroœść zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,

puszystą pleśœnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych

dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie

bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty

jak ciemne piwo, ażeby potem zejœść pod wielokrotnie rozczłonkowane,

fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w

rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i śœlepych fasadach,

które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.

Gdyż wszedłszy raz w niewłaśœciwą sień na niewłaśœciwe schody, dostawało

się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,

niespodzianych wyjœść na obce podwórza i zapominało się o początkowym

celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i

splątanych przygód, o jakimœś szarym śœwicie przypomnieć sobie wśœród

wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,

bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz

bardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałośœci matki,

przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nie

nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłej

toalecie, zostawiając wszędzie śœlady w postaci wyczesanych włosów,

grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie

posiadało okreśœlonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nich

wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem którąœś z

tych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą; lokator dawno się

wyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywano

niespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w

nocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie

była jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i

ciemnych pokojów, płosząc przed sobą śœwiecą stada cieni, ulatujących

bokami po podłodze i śœcianach; szedł budzić ciężko chrapiących z

twardego jak kamień snu. W œświetle pozostawionej przezeń świecy wywijali

się leniwie z brudnej pośœcieli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i

brzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę

rozkoszy ziewania - ziewania przeciągniętego aż do lubieżnośœci, do

bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W kątach

siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,

którym obarczała każdego płonąca œświeca i który nie odłączał się od nich

i wówczas, gdy któryœ z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła

zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mój

zaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej

wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,

pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki

zapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiały

ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła ze

sklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jej

niedokładnośœci w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał się

do niepoczytalnoœści. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu póŸźno w

nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem po

skórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób swą irytację przed bezradną

matką. W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w

swych księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzę

go w śœwietle kopcącej lampy, przykucniętego wśœród poduszek, pod wielkim

rzeźŸbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na œścianie,

kiwającego się w bezgłośœnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tych

rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał z

niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozglądał się

bezradnie, jakby czegośœ szukając. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z

łóżka w kąt pokoju, pod œścianę, na której wisiał zaufany instrument. Był

to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na

uncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec łączył się z tym

instrumentem długą kiszką gumową, jakby krętą, bolesną pępowiną, i tak

połączony z żałosnym przyrządem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego

ciemniały, zaśœ na twarz przybladłą występował wyraz cierpienia czy

jakiejœ występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionej

pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w œświetle

lampy stołowej, wśœród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą w

cieniu umbry, który go łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem

pełną szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełną

porozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijających się wśœród

kwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się

uœśmiechały. Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,

liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i

walcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na ośœlep za

siebie i nie pochwycić pełnych garśœci tych kędzierzawych arabesek, tych

pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i

zwielokrotniały się, wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi z

macierzystego pępka ciemnośœci. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem

nocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liœście i kwiaty i przerzedzały

się jesiennie, przepuszczając dalekie œświtanie. Wtedy wśœród œświergotu

tapetowych ptaków, w żółtym zimowym œświcie zasypiał na parę godzin

gęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonym

w zawiłych konto-korrentach - myśœl jego zapuszczała się tajnie w

labirynty własnych wnętrznośœci. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy

wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go

uśœmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, te

propozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania i

perswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełne

humorystycznych interludiów, filuternych przekomarzań. Ale nocą

podnosiły się te głosy namiętniej. Żądanie wracało coraz wyraźŸniej i

donioślej i słyszeliśœmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosząc się jak gdyby i

wzbraniając przed czymœ, co natarczywie żądało i domagało się. Aż pewnej

nocy podniósł się ten głos groźŸnie i nieodparcie, żądając, aby mu dał

œświadectwo usty i wnętrznośœciami swymi. I usłyszeliśœmy, jak duch weń

wstąpił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosnący gniewem proroczym,

dławiąc się hałaśœliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.

Słyszeliœśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,

który jeszcze urąga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,

ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko

na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurą

rozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,

obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży śœwiętych mężów. Był to dialog

groŸźny jak mowa piorunów. Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki, a

w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plująca

przekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźŸnego Demiurga, jak leżąc na

ciemnoœściach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu

firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na których

płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w

przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia

wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchami

zaklęć, lamentów, gróźŸb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały

się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały

wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z

nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemnośœci wionęła

przez pokój. W śœwietle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej

bieliźŸnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w

okno zawartoœść nocnika w noc szumiącą jak muszla.

2

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko

nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążony

cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowoœść

jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźŸni, gdyż kłócił

się ze sobą głośœno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i

prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu

interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwoœści i swady

pogodzić. Ale za każdym razem te hałaœśliwe zebrania, pełne gorących

temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśœród klątw, złorzeczeń i

obelg. Potem przyszedł okres jakiegoœ uciszenia, ukojenia wewnętrznego,

błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na

stole, na podłodze i jakiœś benedyktyński spokój pracy zalegał w œświetle

lampy nad białą poœścielą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Ale

gdy matka późŸnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,

przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej œświetne, kolorowe

odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.

Zauważyliœmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak

orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył

bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwośœć

zdawały się poprawiać. Często śœmiał się teraz głoœśno i szczebiotliwie,

zanosił się wprost od œśmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie

„proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził

z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował cośœ

w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa

krzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał się

nogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszych

twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się

zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie

sypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego œświatła, i patrzyła przez

chwilę dobrotliwie na uśœpionego głęboko, którego œśpiewne chrapanie

zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach œświatów sennych.

Podczas długich, półciemnych popołudni tej póŸźnej zimy ojciec mój

zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami

zakamarki, szukając czegośœ zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,

gdy zasiadaliśœmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała

długo wołać „Jakubie!” i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś

szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i

pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go

zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę

symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna

zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z

wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uœmiechniętą trwał godzinami, ażeby

z nagła przy czyimœ wejœściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać

jak kogut. Przestaliœmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z

dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych

potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym

głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliœśmy

zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próœźb, odpowiadał

urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz

zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z

wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.

Przywykliœśmy do jego nieszkodliwej obecnośœci, do jego cichego

gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego œświegotu, którego

trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał

niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieśœ w zapadłych zakamarkach

mieszkania i nie można go było znaleźŸć. Stopniowo te zniknięcia

przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśœmy do nich i kiedy po

wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie

zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliœśmy po prostu brać go w

rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co

rzeczywiste. Węzeł po w꼟le odluźŸniał się od nas, punkt po punkcie gubił

związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego

pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garœść bezsensownych dziwactw

œśmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na

śœmietnik.