Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 14: Wichura

Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemnoœść w naszym mieśœcie

ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadŸź nie sprzątano na

strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na

flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek. Tam, w

tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemnośœć

zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne

sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe

flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod

gontowymi przestworami falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim

stłoczonym ludem na miasto. Strychy, wystrychnięte ze strychów,

rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami,

a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek,

lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby

wypadłszy na wolnośœć, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i

zgiełkiem płatwi i bantów. Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki

beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne

zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się ten ciemny zgiełk naczyń

i napierał jak armie rozgadanych ryb, niepowstrzymany najazd pyskujących

skopców i bredzących cebrów. Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki

i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i

cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie, rosnąc w niebo

kolumnami, które się rozpadały. I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami

drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw

i obelg, bluźŸniąc błotem na całej przestrzeni nocy. Aż dobluŸźniły się,

doklęły swego. Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do

brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i

stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować

zaczął w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemnośœć ogromną

wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce... - Nie

pójdziesz dziœś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na

dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec

wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy

demonów. Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał

się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami. Pobiegłem

boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami.

Srebrzystobiałe i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do

pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu.

Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonej

dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i

nieuchwytna, ładowała krajobraz potęgą. Nie widziało się jej. Poznawało

się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po

drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała

w nie jej siła. Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą

pustkę, zamiatała całe połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął

się pod nią i trzepotał, uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały

plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśœnić pustą łysiną pod jej

potężnymi przelotami. Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory,

grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego

labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne

niecierpliwośœci i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały w

natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym

niebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu,

który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.

I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i

zwiastowały. Ogromne buki koło koœścioła stały z wniesionymi rękami, jak

œświadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały. Dalej, za

dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie œściany szczytowe

przedmieśœcia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe z

przerażenia i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je

póŸźnymi kolorami. Nie jedliœśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni

wracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem.

Około drugiej po południu wybuchł na przedmieśœciu pożar i rozszerzał się

gwałtownie. Matka z Adelą zaczęły pakować pośœciel, futra i kosztownośœci.

Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtownoœści, rozrósł się

niepomiernie i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i

dachów, ale wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór,

czarny labirynt, rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tego

labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem

skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się

zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał

się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.

Pokój drżał z lekka, obrazy na œścianach brzęczały. Szyby lœśniły się

tłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne

tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliœśmy sobie, że ojca od rana nie

widziano. Wczesnym rankiem, domyśœlaliœśmy się, musiał udać się do sklepu,

gdzie go zaskoczyła wichura, odcinając mu powrót. - Cały dzień nic nie

jadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się wyprawić w noc i

wichurę, żeby zanieśœć mu posiłek. Brat mój przyłączył się do wyprawy.

Okutani w wielkie niedŸwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami i

moźŸdzierzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.

Ostrożnie otworzono drzwi prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mój

z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemnośœć, noc ich połknęła

zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie śœlad ich wyjœścia. Nie widać

było przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali. Pochłonąwszy ich,

wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić

ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i

sadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały

się słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się

nam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu,

że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak

łudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i

brata mego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili po

pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą.

Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował

wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.

Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem,

pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w œświetle; ich oczy,

pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnośœcią za każdym uderzeniem powiek. Nie

mogli dojœść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie

poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matka

podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,

jakby przez ten kwadrans stali w ciemnośœci pod oknem, nie oddalając się

wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc

otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, śœwistu i

jęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które

nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,

tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak na

długich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas

przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującą

na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomnoœść i

sieroctwo wichury. Coraz cz궜ciej otwierały się teraz drzwi sieni i

wpuszczały okutanego w opończe i szale goœścia. Zziajany sąsiad lub

znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie

zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które

fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.

Siedzieliśœmy wszyscy w jasno ośœwietlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym

i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi

strychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i

nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury

miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał

jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,

nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,

rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak

pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśœmy o wichurze, Adela tłukła

cynamon w dŸźwięcznym moŸździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.

Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwośœci, z koronką czarnego szala na

głowie, zaczęła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli. Adela oskubała

koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garœść papierów i

szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluśœć. Adela,

trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nim

resztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał i

spłonął. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć.

Trzęsąc się ze złośœci, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o

co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała

się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w

paroksyzmie złości rozgestykuluje się na czꜶci, że rozpadnie się,

podzieli, rozbiegnie w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym,

migotliwym pękiem oszalałych karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła

raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona i rozsypująca się

przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała, w kąt kuchni,

gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc, zaczęła gorączkowo

przebierać wśœród dźŸwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte

drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzyła do

nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła na tych

żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem

wzdłuż skoœśnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła

na ławkę jodłową, kuœtykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z

talerzami, dźŸwięczną, drewnianą półkę obiegającą śœciany kuchni, i biegła

po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieśœ w kącie,

malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły, spalony

papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicośœć.

Staliśœmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złoœści, która sama

siebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliœśmy na smutny przebieg

tego paroksyzmu i z pewną ulgą wróciliœśmy do naszych zajęć, gdy żałosny

ten proces dobiegł swego naturalnego końca. Adela zadzwoniła znowu

moździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej przerwaną rozmowę, a

subiekt Teodor, nasłuchując proroctw strychowych, stroił œśmieszne

grymasy, podnosił wysoko brwi i œśmiał się do siebie.