Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 13: Karakony

Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po śœwietnej

kolorowoœści genialnej epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji,

ciężkie tygodnie bez niedziel i śœwiąt, przy zamkniętym niebie i w

zubożałym krajobrazie. Ojca już wówczas nie było. Górne pokoje

wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce. Z całego ptasiego

gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany kondor, stojący na

półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych firanek stał on tam,

jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca, a gorzka

jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętnoœści i

abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się

trociny. Tylko rogowate egipskie narośœle na nagim potężnym dziobie i na

łysej szyi, naroœśle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej

starczej głowie coœś dostojnie hieratycznego. Pierzasty habit jego był

już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie, szare

pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem

pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z

którego wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwośœć, z

jaką przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie

kochała - myśœlałem - a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu

żadnej kobiety, przeto nie mógł też wróśœć w żadną realnośœć i unosił się

wiecznie na peryferii życia, w półrealnych regionach, na krawędziach

rzeczywistości. Nawet na uczciwą obywatelską śœmierć nie zasłużył sobie -

myśœlałem - wszystko u niego musiało być dziwaczne i wątpliwe.

Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć matkę otwartą rozmową. Owego

dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch

zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W

tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca

wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble

przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej

dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór

pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.

Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjnośœci,

jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej

swawoli poza oczyma. ŒŚwidrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w

śœcianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy

ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój

świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła

wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki

od kluczy. Nawet w obecnośœci matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,

nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,

mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało

mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z

kolanami przyciœśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w

zamyśœleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -

Chciałem cię już od dawna zapytać: prawda, że to jest on? - I chociaż

nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,

zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyśœlnie upłynąć chwili,

żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując

wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie

plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w

pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu

porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były

puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem

lekko, źŸrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie

kłamałam - rzekła, a usta - jej napęczniały i stały się małe zarazem.

Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to

prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w

istocie tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które

napełniało ciemnośœć nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne

były drgających wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła

karakonem, z każdego pęknięcia podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna

błyskawica, lecąca oszalałym zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd

popłochu, pisany błyszczącą, czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te

krzyki grozy ojca, skaczącego z krzesła na krzesło z dzirytem w ręku.

Nie przyjmując jadła ani napoju, z wypiekami gorączki na twarzy, z

konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec mój zdziczał zupełnie. Jasne

było, że tego napięcia nienawiśœci żaden organizm długo wytrzymać nie

może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w stężałą maskę tragiczną,

w której tylko Ÿźrenice, ukryte za dolną powieką, leżały na czatach,

napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwośœci. Z dzikim wrzaskiem

zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oœślep w kąt pokoju i już

podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał

rozpaczliwie gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze

zgrozy z pomocą i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją

utopić w cebrzyku. Już wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy

obrazy te zaszczepiły mi opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich

œświadkiem. Ojciec mój nie posiadał już wtedy tej siły odpornej, która

zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu. Zamiast odgraniczyć się do

straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji, ojciec mój, wydany na łup

szału, wplątywał się w nią coraz bardziej. Smutne skutki nie dały długo

na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze podejrzane znaki, które

napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie ojca zmieniło się.

Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach i mimice jęły

się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył się dzień

cały po kątach, w szafach, pod pierzyną... Widziałem go nieraz, jak w

zamyśœleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry, paznokci, na

których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona. W dzień

opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja

uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późŸną nocą, w œświetle

œświecy stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony

czarnymi plamami totemu, pokreśœlony liniami żeber, fantastycznym

rysunkiem przeœświecającej na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach,

opętany fascynacją awersji, która go wciągała w głąb swych zawiłych

dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym, skomplikowanym ruchem

dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację ceremoniału

karakoniego. Od tego czasu wyrzekliśœmy się ojca. Podobieństwo do

karakona występowało z dniem każdym wyraźŸniej - mój ojciec zamieniał się

w karakona. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśœmy go coraz

rzadziej, całymi tygodniami znikał gdzieśœ na swych karakonich drogach -

przestaliśœmy go odróżniać, zlał się w zupełnośœci z tym czarnym

niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć, czy żył gdzieœ jeszcze w

jakiejœ szparze podłogi, czy przebiegał nocami pokoje, zaplątany w afery

karakonie, czy też był może między tymi martwymi owadami, które Adela co

rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone nogami i które ze

wstrętem brała na śœmietniczkę i wyrzucała? - A jednak - powiedziałem

zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. - Matka spojrzała na

mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już przecież, że

ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz, że czasem w

nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed œświtem jeszcze dalej odjechać.