Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 12: Ulica Krokodyli

Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego

głębokiego biurka starą i piękną mapę naszego miasta. Był to cały

wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkami

płótna, tworzyły ogromną mapę œścienną w kształcie panoramy z ptasiej

perspektywy. Zawieszona na œścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego

pokoju i otwierała daleki widok na całą dolinę Tyœmienicy, wijącej się

falisto bladozłotą wstęgą, na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów

i stawów, na pofałdowane przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód

z rzadka, potem coraz tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławych

wzgórzy, coraz mniejszych i coraz bledszych, w miarę jak odchodziły ku

złotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej zwiędłej dali peryferii

wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód jeszcze w nie

zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,

poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się

w pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistośœcią widoków

oglądanych przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz

cały zawikłany i wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistośœć

gzymsów, architrawów, archiwolt i pilastrów, śœwiecących w późŸnym i

ciemnym złocie pochmurnego popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy i

framugi w głębokiej sepii cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinały

się, jak plastry ciemnego miodu, w wąwozy ulic, zatapiały w swej

ciepłej, soczystej masie tu całą połowę ulicy, tam wyłom między domami,

dramatyzowały i orkiestrowały ponurą romantyką cieni tę wieloraką

polifonię architektoniczną. Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych

prospektów, okolica Ulicy Krokodylej œświeciła pustą bielą, jaką na

kartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainy

niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam

były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym

piśœmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widocznie

kartograf wzbraniał się uznać przynależnośœć tej dzielnicy do zespołu

miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym

wykonaniu. Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na

dwuznaczny i wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od

zasadniczego tonu całego miasta. Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z

podkreœślonym jaskrawo charakterem trzeŸźwej użytkowośœci. Duch czasu,

mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuśœcił korzenie

na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.

Kiedy w starym mieśœcie panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel,

pełen solennej ceremonialnośœci, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od

razu nowoczesne, trzeŸźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm,

zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną,

lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalnośœci.

Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych

fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu.

Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które

dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje

wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w

falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali,

szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami

kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się œścian,

wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły się

jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany,

drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły

ukośœnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter:

CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND. Rdzenni mieszkańcy miasta

trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny,

przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstośœci, przez istną

lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich

efemerycznych śœrodowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej

pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się

na wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem

wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i

hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej

intymnoœści, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich

dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godnośœci własnej.

Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało

sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźŸnie

przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało

z pęt niską naturę. Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną

osobliwośœć tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w

pośœpiechu wyrosłym mieœście nie można było sobie pozwolić na luksus

kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak

w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłą

metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej cz궜ci miasta, miało się w

istocie wrażenie, że wertuje się w jakimśœ prospekcie, w nudnych

rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśœród których zagnieŸdziły się

pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i

wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji,

pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. Wchodziło się

do jakiegośœ krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,

tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty,

bardzo wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jedne

nad drugimi w nie określoną wysokośœć tej hali. Kondygnacje pustych półek

wyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,

bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny,

które widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów,

piętrzących się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, pod

zagmatwanym niebem strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicośœci.

Przez wielkie szare okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru

kancelaryjnego, nie wchodzi śœwiatło, gdyż przestrzeń sklepu już

napełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą poœświatą, która nie rzuca

cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się jakiœś smukły

młodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby dogodzić

naszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale gdy,

gadając, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje

niekończącą się strugę materiału, przepływającą przez jego ręce,

formując z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacja

wydaje się czymœ nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconą

zasłoną na prawdziwy sens sprawy. Panienki sklepowe, smukłe i czarne,

każda z jakąœś skazą pięknośœci (charakterystyczną dla tej dzielnicy

wybrakowanych artykułów), wchodzą i wychodzą, stają w drzwiach

magazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma (powierzona dośœwiadczonym

rękom subiekta) dojrzewa do punktu właśœciwego. Subiekt przymila się i

kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby się go ująć pod

miękko zarysowaną brodę lub uszczypnąć w upudrowany blady policzek, gdy

z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę na markę

ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice. Zwolna sprawa wyboru

ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i zepsuty

młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń klienta,

przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą

bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego

zbieracza. Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko

fasadą, za którą kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych

wydawnictw i druków prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy,

wypełnione aż pod sufit książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety,

te ryciny przechodzą stokrotnie najśœmielsze nasze marzenia. Takich

kulminacyj zepsucia, takich wymyśœlnośœci wyuzdania nie przeczuwaliœmy

nigdy. Panienki sklepowe przesuwają się coraz cz궜ciej pomiędzy

szeregami książek, szare i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych

twarzach, ciemnego pigmentu brunetek o lœśniącej i tłustej czarnoœści,

która zaczajona w oczach, z nagła wybiegała z nich zygzakiem lśœniącego

karakoniego biegu. Ale i w spalonych rumieńcach, w pikantnych stygmatach

pieprzyków, we wstydliwych znamionach ciemnego puszku zdradzała się rasa

zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o nazbyt intensywnej mocy, ta mokka

gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki, które brały one do

oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować i zostawiać w

powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o

podniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłoœść zrzucała

coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą

aktywnoœść, przechodził powoli do kobiecej biernośœci. Leży teraz na

jednej z wielu kanap, porozstawianych wœród rejonów książek, w jedwabnej

pidżamie, odsłaniającej kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jedna

przed drugą, figury i pozycje rycin okładkowych, inne zasypiają już na

prowizorycznych posłaniach. Nacisk na klienta rozluŸźniał się.

Wypuszczano go z kręgu natarczywego zainteresowania, pozostawiano sobie

samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie zwracały nań więcej uwagi.

Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały w aroganckim kontra

poœście, przestępowały z nogi na nogę, grając kokieteryjnym obuwiem,

przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową grę członków,

atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialnośœci podnieconego

widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z

wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywnośœci gośœcia.

Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym

konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę. Nikt nas nie

zatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami czasopism

i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jesteœmy w tym miejscu Ulicy

Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długośœć

tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca

kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała

sceneria wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, tak

szare, tak płaskie są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistośœć jest

cienka jak papier i wszystkimi szparami zdradza swą imitatywnośœć.

Chwilami ma się wrażenie, że tylko na małym skrawku przed nami układa

się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru

wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęga

ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada

się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoœś ogromnego pustego

teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na

tym naskórku. Ale dalecy jesteśœmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew

lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą

nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,

parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi

kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,

œślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod

domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,

ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna

wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym

mieœście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem w

oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen

gorliwoœści w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo

zaaferowania i interesownośœci, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,

bezcelowej wędrówki, jakiegośœ sennego korowodu marionetek. Atmosfera

dziwnej błahoœści przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,

rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźŸnie, figury przepływają

w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistośœci.

Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieœś ciemne, żywe

spojrzenie, jakiœś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieśœ pół

twarzy rozdarte uśœmiechem, z ustami, które właśœnie cośœ powiedziały,

jakąœś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze. Osobliwośœcią

dzielnicy są dorożki bez woźŸniców, biegnące samopas po ulicach. Nie

jakoby nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem

spraw, nie troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego

gestu nie przywiązuje się zbytniej wagi do œścisłego celu jazdy i

pasażerowie powierzają się tym błędnym pojazdom z lekkomyœlnoœścią, która

cechuje tu wszystko. Nieraz można ich widzieć na niebezpiecznych

zakrętach, wychylonych daleko z połamanej budy, jak z lejcami w dłoniach

przeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania. Mamy w tej

dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich œświęci tu najwyższy

swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z

papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego

użytku. Często brak im zupełnie przedniej œściany tak, że widzieć można w

przejeźŸdzie pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką

godnośœcią. Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich.

Najdziwniejszą atoli rzeczą jest komunikacja kolejowa na Ulicy

Krokodylej. Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieśœ ku końcowi

tygodnia można zauważyć tłum ludzi czekających na zakręcie ulicy na

pociąg. Nie jest się nigdy pewnym, czy przyjedzie i gdzie stanie, i

zdarza się często, że ludzie ustawiają się w dwóch różnych punktach, nie

mogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce przystanku. Czekają długo i

stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo zarysowanych śœladów toru, z

twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z papieru, wyciętych w

fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie zajeżdża, już

wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,

miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny

szpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył

węglowy. Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku,

tłumiony poœśpiech i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę

dworca kolejowego w szybko zapadającym zmierzchu zimowym. Plagą naszego

miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo. W ostatniej

chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym poœśpiechu

pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te

negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący,

rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie

rozproszyć. Ulica, zacieśœniona na chwilę do tego zaimprowizowanego

dworca, pełnego zmierzchu i tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się

znowu, rozszerza i przepuszcza znów swym korytem beztroski monotonny

tłum spacerowiczów, który wędruje wśœród gwaru rozmów wzdłuż wystaw

sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków, pełnych tandetnych

towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich. Wyzywająco

ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to

być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą

drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach

nieznaczną skazę, która je przekreśœla: zezują czarnym, krzywym zezem lub

mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa. Mieszkańcy miasta dumni

są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy

potrzeby niczego sobie odmawiać - myśœlą z dumą - stać nas i na prawdziwą

wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy

jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąœ - a natychmiast

spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną

pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny

sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą

skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie. A

jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,

troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli? Kilkakrotnie w trakcie

naszego sprawozdania stawialiœśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliœśmy w

delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie

nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliœmy o

imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają

zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by okreśœlić połowiczny i

niezdecydowany charakter jej rzeczywistośœci. Język nasz nie posiada

okreśœleń, które by dozowały niejako stopień realnoœści, definiowały jej

giętkośœć. Powiedzmy bez ogródek: fatalnoœścią tej dzielnicy jest, że nic

w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego definitivum,

wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty

wyczerpują się przedwczeœśnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego

punktu. Mogliœmy już zauważyć wielką bujnośœć i rozrzutnośœć - w

intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę.

Cała ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześœnie

wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwoœści

kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i

roœśnie w pustą, wydętą narośœl, wystrzela szara i lekka wegetacja

puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej

tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i

rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy

dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych

marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni

możliwośœciami, wstrząśœnięci bliskośœcią spełnienia, pobladli i bezwładni

rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.

Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa,

atmosfera gaœśnie i przekwita, możliwośœci więdną i rozpadają się w

nicoœść, oszalałe szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. Będziemy

wiecznie żałowali, żeśœmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji

podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy

błądzili od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy

dziesiątki magazynów, trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali

przez szpalery książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo

i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej pięknoœci, które

nie potrafią zrozumieć naszych życzeń. Będziemy się wikłali w

nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się w

niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. Nasze nadzieje

były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby - pozorem,

konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych

intencyj. ڌwiat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym

zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej

pospolitośœci. W tym mieśœcie taniego materiału ludzkiego brak także

wybujałośœci instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętnośœci. Ulica

Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia

wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na

papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych,

zeszłorocznych gazet.