Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 11: Sklepy Cynamonowe

W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych

z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,

gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z

trudem przywoływane przez krótki śœwit do opamiętania, do powrotu -

ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.

Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,

sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,

strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego

fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch

zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętej

twarzy, że za pośœrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłym

kontakcie z niewidzialnym œświatem ciemnych zakamarków, dziur mysich,

zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.

Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały

w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.

Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej

niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.

Nieraz musiał strzepywać palcami i œśmiać się cicho do siebie samego, gdy

te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał

się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w

ten œświat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,

mrużąc z nudów i obojętnoœci skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas

obiadu, że wśœród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetą

zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuśœcach

palców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnośœcią

zaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby

zawstydzony, z zakłopotanym uśœmiechem, wśród mruknięć i niewyraŸźnych

mamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym był

pogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od

chorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na które

szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i

nieobecny duchem. Raz nawet poszliœśmy do teatru. ZnaleŸźliœśmy się znowu w

tej wielkiej, źŸle oœświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru

ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,

wynurzyła się przed nami olbrzymia bladoniebieska kurtyna, jak niebo

jakiegośœ innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi

policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne

niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnym

tchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego śœwiata sztucznego i

pełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniach

sceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddech

ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał

iluzorycznośœć tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistośœci, które

w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski

trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coœś bezgłoœśnie

i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do

zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i

ukaże rzeczy niesłychane i olœśniewające. Lecz nie było mi dane doczekać

tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki

zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie ośœwiadczył, że

zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej

naradzie z matką, w której uczciwośœć Adeli została poddana pospiesznej,

ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na

poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było

jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinnośœci mogłem na czas powrócić.

Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z

tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i

rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt

odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy

zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich

ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyśœlnośœcią

nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i

pilną, albowiem w jej p󳶜wietle zwielokrotniają się, plączą i

wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak

rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.

Oczarowana i zmylona wyobraźŸnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo

dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a

noc w niewyczerpanej swej płodnośœci nie ma nic lepszego do roboty, jak

dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy

zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie

drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejśœcia. Powstają ponętne

kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąśœ nie wypróbowaną przecznicą.

Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,

że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi się

to niepotrzebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie

wiosny. ڌnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,

które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuśœciło się niebo, w

którym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniu

wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą

konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących

spirale i słoje śœwiatła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę

przestworzy, tkankę rojeń nocnych. W taką noc nie podobna iœść Podwalem

ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako

podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późŸnej

porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle

nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je

sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są

wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późŸną noc otwarte, były

zawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo ośœwietlone, ciemne i

uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,

aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeœś tam znaleŸźć ognie

bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,

chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów

egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń

Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,

mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare

folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętam

tych starych i pełnych godnośœci kupców, którzy obsługiwali klientów ze

spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrośœci i

wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam

jedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki,

publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i

upojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobnośœć odwiedzania tych sklepów -

i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie

można było pominąć tej okazji mimo ważnośœci misji powierzonej naszej

gorliwośœci. Trzeba się było zapuœścić według mego obliczenia w boczną

uliczkę, minąć dwie albo trzy przecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnych

sklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźŸnienie,

wracając drogą na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepów

cynamonowych, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli

szedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już trzecią czy

czwartą przecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawet

konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów ani

śœladu. Szedłem ulicą, której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,

tylko okna szczelnie zamknięte, śœlepe odblaskiem księżyca. Po drugiej

stronie tych domów musi prowadzić właśœciwa ulica, od której te domy są

dostępne - myśœlałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnując

w duchu z myśœli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się stąd prędko

w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie

też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowany

gośœciniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiej

przestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,

ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i mury

sadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnych i

rzadko zwiedzanych okolicach. ڌwiatło księżyca, rozpuszczone w

tysiącznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i tak

jasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym

krajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem do

przekonania, że mam przed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmachu

gimnazjalnego. Właśœnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniu

była otwarta, sień ośœwietlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym

chodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżony

przekraśœć się przez budynek i wyjśœć przednią bramą, skracając sobie

znakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późŸnej godzinie musi się

w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowiązkowych,

prowadzona w późną noc, na które zbieraliœśmy się zimową porą, płonąc

szlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchnął nas ten

znakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiej

ciemnej sali, na której œścianach ogromniały i łamały się cienie naszych

głów, rzucane od dwóch małych śœwieczek płonących w szyjkach butelek.

Prawdę mówiąc, niewieleśœmy podczas tych godzin rysowali i profesor nie

stawiał zbyt śœcisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domu

poduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylko

najpilniejsi rysowali pod samą œświecą, w złotym kręgu jej blasku.

Czekaliœśmy zazwyczaj długo na przyjœście profesora, nudząc się wśœród

sennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -

mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznych uśœmiechów, dyskretnych

przemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą drzwi gabinetu,

przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głową ciżba

gipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i

Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeum

gipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie od

gipsowych marzeń, pustych spojrzeń, blednących owali i zamyœśleń

odchodzących w nicośœć. Lubiliśœmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -

ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego w pajęczynach

rumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.

Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych

ławek, wśœród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliœśmy cośœ w

szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie

koledzy moi układali się do snu. ڌwieczki powoli dogasały w butelkach.

Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,

staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśœród

ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny

nocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogach

księżycowych. Wśœród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł

nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyśœ

całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejśœcia,

odnajdywaliœśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śœniegu

œścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliœśmy

wzdłuż tego włochatego brzegu ciemnośœci, ocierając się o niedŸwiedzie

futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc

bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona

biel tego śœwiatła, mżąca ze śœniegu, z bladego powietrza, z mlecznych

przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią

plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośœli. Noc powtarzała teraz

głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora

Arendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, we

włochatej sierśœci zarośœli, w masie kruchego chrustu były miejscami

nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarnoœci, pełne plątaniny,

sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach

zacisznie i ciepło. Siadaliœśmy tam na letnim miękkim œśniegu w naszych

włochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowa

ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośœla przewijały się bezgłośœnie

kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, œśmierdzące

kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewaliœmy, że były między

nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,

uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,

głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli

fosforescencja wiosennego śœniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i

gęsta oćma przed œświtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym œśniegu,

inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do

ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiego

chrapania, które doganiali na swych spóźŸnionych drogach. Te nocne seanse

pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć

sposobnośœci, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,

postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótką

chwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnych

dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie

widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej

ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym

dywanem i pełne wytwornośœci. Małe, ciemno płonące lampy śœwieciły na ich

zagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu

jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego śœciana

otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.

Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegnących w głąb

i urządzonych z olœśniewającą wspaniałoœścią. Szpalerem obić jedwabnych,

luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrok

w puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania

i migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.

Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,

które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysoko

fryzami wzdłuż œścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Z

podziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyśœlałem się, że nocna

moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,

przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawoœścią, z

bijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,

przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe

wśœcibstwo? W którymœ z głębokich pluszowych foteli mogła, nie

dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieśœć nagle na

mnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których

spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie

drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za

tchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu

wnętrzach, ośœwietlonych przyćmionym œświatłem nie okreśœlonej pory. Przez

arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,

oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem

odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejśœć

z paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąć

wielki, kosztowny dywan i znaleŸźć się na tarasie, z którego bez trudu

dostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na

parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż do

arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właśœciwie na gruncie

neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej śœciany. Był on rodzajem

wielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.

Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.

Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.

Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły

się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które

rozœświetlał swą niewidzialną obecnoœścią, zdawał się mieć przed sobą

jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach

niebieskich, nie myśœlał o śœwicie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,

rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.

WoźŸnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobną, czerwoną i

dobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we

wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na

lekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysom

nieobliczalnego dorożkarza? Wśœród klekotu szprych, wśœród dudnienia pudła

i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na

wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśœpiewywał sobie, jadąc drogą

okrężną przez miasto. Przed jakimœś szynkiem stała grupa dorożkarzy,

kiwając nań przyjaźŸnie rękami. Odpowiedział im coœś radośœnie, po czym nie

zatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuśœcił się z kozła i

przyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,

oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim

kłusem. Właœciwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy od

woźŸnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.

Wjechaliœśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te

przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te

w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy œświetlistej w najjaśœniejszą noc

zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na

której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane

liniami wirów i prądów gwiezdnych, œświetlistymi liniami geografii

niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i œświetlane jak

gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły

œśniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą œświatła księżycowego w

delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi

œświatłami, gwiazdami, które rzęsiœście ronił grudniowy firmament.

Powietrze dyszało jakąœ tajną wiosną, niewypowiedzianą czystośœcią œśniegu

i fiołków. Wjechaliœśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych

nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.

Ujrzałem na tych szcz궜liwych zboczach całe grupy wędrowców,

zbierających wœród mchu i krzaków opadłe i mokre od œśniegu gwiazdy.

Droga stała się stroma, koń pośœlizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,

grający wszystkimi przegubami. Byłem szcz궜liwy. Pierśœ moja wchłaniała

tę błogą wiosnę powietrza, œświeżoœść gwiazd i œśniegu. Przed piersią konia

zbierał się wał białej piany œśnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem

przekopywał się koń przez czystą i œświeżą jego masę. Wreszcie ustał.

Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jego

łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lœśniły łzy. Wtedy

ujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - Dlaczego mi nie

powiedziałeśœ? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł

i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuśœciłem go. Czułem się

dziwnie lekki i szcz궜liwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małą

kolejkę lokalną, która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.

Zacząłem schodzić stromą serpentyną wśœród lasu, początkowo idąc krokiem

lekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, przeszedłem w posuwisty

szcz궜liwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłem

dowoli regulować szybkośœć, kierować jazdą przy pomocy lekkich zwrotów

ciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniając go

na przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko.

Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz to

kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium

otwierało niebo w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało w

nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów. Na

rynku spotkałem ludzi zażywających przechadzki. Wszyscy, oczarowani

widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.

Troska o portfel opuœściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swych

dziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W taką

noc, jedyną w roku, przychodzą szcz궜liwe myœśli, natchnienia, wieszcze

tknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować

się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbyt

wcześœnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnośœcią tej nocy, która nie

chciała się skończyć. Poszliœmy gromadą na spacer stromo spadającą

ulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy

srebrzyła się na śniegu, czy też œświt już wstawał...