W okresie najkrótszych, sennych dni zimowych, ujętych
z obu stron, od poranku i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów,
gdy miasto rozgałęziało się coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z
trudem przywoływane przez krótki świt do opamiętania, do powrotu -
ojciec mój był już zatracony, zaprzedany, zaprzysiężony tamtej sferze.
Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem,
sterczącym nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami,
strzelającymi z brodawek, z brwi, z dziurek od nosa - co nadawało jego
fizjonomii wygląd starego, nastroszonego lisa. Węch jego i słuch
zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego milczącej i napiętej
twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w ciągłym
kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,
zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.
Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały
w nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca.
Absorbowało go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej
niedostępnej dla nas sferze, z której nie próbował zdawać nam sprawy.
Nieraz musiał strzepywać palcami i śmiać się cicho do siebie samego, gdy
te wybryki niewidzialnej sfery stawały się zbyt absurdalne; porozumiewał
się wówczas spojrzeniem z naszym kotem, który również wtajemniczony w
ten świat, podnosił swą cyniczną, zimną, porysowaną pręgami twarz,
mrużąc z nudów i obojętnoci skośne szparki oczu. Zdarzało się podczas
obiadu, że wśród jedzenia odkładał nagle nóż i widelec i z serwetą
zawiązaną pod szyją podnosił się kocim ruchem, skradał na brzuścach
palców do drzwi sąsiedniego, pustego pokoju i z największą ostrożnością
zaglądał przez dziurkę od klucza. Potem wracał do stołu, jakby
zawstydzony, z zakłopotanym uśmiechem, wśród mruknięć i niewyraźnych
mamrotań, odnoszących się do wewnętrznego monologu, w którym był
pogrążony. Ażeby mu sprawić pewną dystrakcję i oderwać go od
chorobliwych dociekań, wyciągała go matka na wieczorne spacery, na które
szedł, milcząc, bez oporu, ale i bez przekonania, roztargniony i
nieobecny duchem. Raz nawet poszliśmy do teatru. Znaleźliśmy się znowu w
tej wielkiej, źle oświetlonej i brudnej sali, pełnej sennego gwaru
ludzkiego i bezładnego zamętu. Ale gdy przebrnęliśmy przez ciżbę ludzką,
wynurzyła się przed nami olbrzymia bladoniebieska kurtyna, jak niebo
jakiegoś innego firmamentu. Wielkie, malowane maski różowe, z wydętymi
policzkami, nurzały się w ogromnym płóciennym przestworzu. To sztuczne
niebo szerzyło się i płynęło wzdłuż i w poprzek, wzbierając ogromnym
tchem patosu i wielkich gestów, atmosferą tego świata sztucznego i
pełnego blasku, który budował się tam, na dudniących rusztowaniach
sceny. Dreszcz płynący przez wielkie oblicze tego nieba, oddech
ogromnego płótna, od którego rosły i ożywały maski, zdradzał
iluzoryczność tego firmamentu, sprawiał to drganie rzeczywistości, które
w chwilach metafizycznych odczuwamy jako migotanie tajemnicy. Maski
trzepotały czerwonymi powiekami, kolorowe wargi szeptały coś bezgłośnie
i wiedziałem, że przyjdzie chwila, kiedy napięcie tajemnicy dojdzie do
zenitu i wtedy wezbrane niebo kurtyny pęknie naprawdę, uniesie się i
ukaże rzeczy niesłychane i olśniewające. Lecz nie było mi dane doczekać
tej chwili, albowiem tymczasem ojciec zaczął zdradzać pewne oznaki
zaniepokojenia, chwytał się za kieszenie i wreszcie oświadczył, że
zapomniał portfelu z pieniędzmi i ważnymi dokumentami. Po krótkiej
naradzie z matką, w której uczciwość Adeli została poddana pospiesznej,
ryczałtowej ocenie, zaproponowano mi, żebym wyruszył do domu na
poszukiwanie portfelu. Zdaniem matki do rozpoczęcia widowiska było
jeszcze wiele czasu i przy mojej zwinności mogłem na czas powrócić.
Wyszedłem w noc zimową, kolorową od iluminacji nieba. Była to jedna z
tych jasnych nocy, w których firmament gwiezdny jest tak rozległy i
rozgałęziony, jakby rozpadł się, rozłamał i podzielił na labirynt
odrębnych niebios, wystarczających do obdzielenia całego miesiąca nocy
zimowych i do nakrycia swymi srebrnymi i malowanymi kloszami wszystkich
ich nocnych zjawisk, przygód, awantur i karnawałów. Jest lekkomyślnością
nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i
pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i
wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak
rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne.
Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo
dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę, a
noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak
dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. Te kuszenia nocy
zimowych zaczynają się zazwyczaj niewinnie od chętki skrócenia sobie
drogi, użycia niezwykłego lub prędszego przejścia. Powstają ponętne
kombinacje przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną przecznicą.
Ale tym razem zaczęło się inaczej. Uszedłszy parę kroków, spostrzegłem,
że jestem bez płaszcza. Chciałem zawrócić, lecz po chwili wydało mi się
to niepotrzebną stratą czasu, gdyż noc nie była wcale zimna, przeciwnie
- pożyłkowana strugami dziwnego ciepła, tchnieniami jakiejś fałszywej
wiosny. Śnieg skurczył się w baranki białe, w niewinne i słodkie runo,
które pachniało fiołkami. W takie same baranki rozpuściło się niebo, w
którym księżyc dwoił się i troił, demonstrując w tym zwielokrotnieniu
wszystkie swe fazy i pozycje. Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą
konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących
spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę
przestworzy, tkankę rojeń nocnych. W taką noc nie podobna iść Podwalem
ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako
podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej
porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle
nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne. Nazywam je
sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są
wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były
zawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo oświetlone, ciemne i
uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła,
aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie
bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych,
chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów
egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń
Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach,
mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare
folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętam
tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze
spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i
wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam
jedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki,
publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i
upojnych. Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów -
i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie
można było pominąć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszej
gorliwości. Trzeba się było zapuścić według mego obliczenia w boczną
uliczkę, minąć dwie albo trzy przecznice, ażeby osiągnąć ulicę nocnych
sklepów. To oddalało mnie od celu, ale można było nadrobić spóźnienie,
wracając drogą na Żupy Solne. Uskrzydlony pragnieniem zwiedzenia sklepów
cynamonowych, skręciłem w wiadomą mi ulicę i leciałem więcej, aniżeli
szedłem, bacząc, by nie zmylić drogi. Tak minąłem już trzecią czy
czwartą przecznicę, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W dodatku nawet
konfiguracja ulic nie odpowiadała oczekiwanemu obrazowi. Sklepów ani
śladu. Szedłem ulicą, której domy nie miały nigdzie bramy wchodowej,
tylko okna szczelnie zamknięte, ślepe odblaskiem księżyca. Po drugiej
stronie tych domów musi prowadzić właściwa ulica, od której te domy są
dostępne - myślałem sobie. Z niepokojem przyspieszałem kroku, rezygnując
w duchu z myśli zwiedzenia sklepów. Byle tylko wydostać się stąd prędko
w znane okolice miasta. Zbliżałem się do wylotu, pełen niepokoju, gdzie
też ona mnie wyprowadzi. Wyszedłem na szeroki, rzadko zabudowany
gościniec, bardzo długi i prosty. Owiał mnie od razu oddech szerokiej
przestrzeni. Stały tam przy ulicy albo w głębi ogrodów malownicze wille,
ozdobne budynki bogaczy. W przerwach między nimi widniały parki i mury
sadów. Obraz przypominał z daleka ulicę Leszniańską w jej dolnych i
rzadko zwiedzanych okolicach. Światło księżyca, rozpuszczone w
tysiącznych barankach, w łuskach srebrnych na niebie, było blade i tak
jasne jak w dzień - tylko parki i ogrody czerniały w tym srebrnym
krajobrazie. Przyjrzawszy się bacznie jednemu z budynków, doszedłem do
przekonania, że mam przed sobą tylną i nigdy nie widzianą stronę gmachu
gimnazjalnego. Właśnie dochodziłem do bramy, która ku memu zdziwieniu
była otwarta, sień oświetlona. Wszedłem i znalazłem się na czerwonym
chodniku korytarza. Miałem nadzieję, że zdołam nie spostrzeżony
przekraść się przez budynek i wyjść przednią bramą, skracając sobie
znakomicie drogę. Przypomniałem sobie, że o tej późnej godzinie musi się
w sali profesora Arendta odbywać jedna z lekcyj nadobowiązkowych,
prowadzona w późną noc, na które zbieraliśmy się zimową porą, płonąc
szlachetnym zapałem do ćwiczeń rysunkowych, jakim natchnął nas ten
znakomity nauczyciel. Mała gromadka pilnych gubiła się prawie w wielkiej
ciemnej sali, na której ścianach ogromniały i łamały się cienie naszych
głów, rzucane od dwóch małych świeczek płonących w szyjkach butelek.
Prawdę mówiąc, niewieleśmy podczas tych godzin rysowali i profesor nie
stawiał zbyt ścisłych wymagań. Niektórzy przynosili sobie z domu
poduszki i układali się na ławkach do powierzchownej drzemki. I tylko
najpilniejsi rysowali pod samą świecą, w złotym kręgu jej blasku.
Czekaliśmy zazwyczaj długo na przyjście profesora, nudząc się wśród
sennych rozmów. Wreszcie otwierały się drzwi jego pokoju i wchodził -
mały, z piękną brodą, pełen ezoterycznych uśmiechów, dyskretnych
przemilczeń i aromatu tajemnicy. Szybko zaciskał za sobą drzwi gabinetu,
przez które w momencie otworzenia tłoczyła się za jego głową ciżba
gipsowych cieni, fragmentów klasycznych, bolesnych Niobid, Danaid i
Tantalidów, cały smutny i jałowy Olimp, więdnący od lat w tym muzeum
gipsów. Zmierzch tego pokoju mętniał i za dnia i przelewał się sennie od
gipsowych marzeń, pustych spojrzeń, blednących owali i zamyśleń
odchodzących w nicość. Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami -
ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego w pajęczynach
rumowiska, tego rozkładającego się w nudzie i monotonii zmierzchu bogów.
Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych
ławek, wśród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliśmy coś w
szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie
koledzy moi układali się do snu. Świeczki powoli dogasały w butelkach.
Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,
staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśród
ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny
nocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogach
księżycowych. Wśród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł
nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyś
całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejścia,
odnajdywaliśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śniegu
ścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliśmy
wzdłuż tego włochatego brzegu ciemności, ocierając się o niedwiedzie
futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc
bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona
biel tego światła, mżąca ze śniegu, z bladego powietrza, z mlecznych
przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią
plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośli. Noc powtarzała teraz
głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora
Arendta, kontynuowała jego fantazje. W tej czarnej gęstwinie parku, we
włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami
nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarnoci, pełne plątaniny,
sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach
zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszych
włochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowa
ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośnie
kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, śmierdzące
kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewalimy, że były między
nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,
uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,
głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli
fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i
gęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,
inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do
ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiego
chrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seanse
pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć
sposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,
postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótką
chwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnych
dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie
widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej
ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym
dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ich
zagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu
jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ściana
otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.
Zaczynała się tu przed oczyma długa amfilada pokojów, biegnących w głąb
i urządzonych z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnych,
luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrok
w puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania
i migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.
Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,
które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysoko
fryzami wzdłuż ścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Z
podziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocna
moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,
przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawością, z
bijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,
przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe
wścibstwo? W którym z głębokich pluszowych foteli mogła, nie
dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle na
mnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których
spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie
drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za
tchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu
wnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przez
arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,
oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem
odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejść
z paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąć
wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trudu
dostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na
parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż do
arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie
neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem
wielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.
Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.
Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.
Konstelacje stały już stromo na głowie, wszystkie gwiazdy przekręciły
się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które
rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobą
jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach
niebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,
rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.
Woźnica nachylił się z wysokiego kozła. Miał twarz drobną, czerwoną i
dobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we
wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na
lekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysom
nieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudła
i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na
wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogą
okrężną przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,
kiwając nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym nie
zatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i
przyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,
oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim
kłusem. Właciwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy od
woźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.
Wjechaliśmy na podmiejską ulicę ujętą z obu stron w ogrody. Ogrody te
przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te
w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc
zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na
której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane
liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii
niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak
gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły
śniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego w
delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi
światłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.
Powietrze dyszało jaką tajną wiosną, niewypowiedzianą czystością śniegu
i fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych
nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.
Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,
zbierających wród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.
Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,
grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniała
tę błogą wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersią konia
zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem
przekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał.
Wyszedłem z dorożki. Dyszał ciężko ze zwieszoną głową. Przytuliłem jego
łeb do piersi, w jego wielkich czarnych oczach lśniły łzy. Wtedy
ujrzałem na jego brzuchu okrągłą czarną ranę. - Dlaczego mi nie
powiedziałeś? - szepnąłem ze łzami. - Drogi mój - to dla ciebie - rzekł
i stał się bardzo mały, jak konik z drzewa. Opuściłem go. Czułem się
dziwnie lekki i szczęśliwy. Zastanawiałem się, czy czekać na małą
kolejkę lokalną, która tu zajeżdżała, czy też pieszo wrócić do miasta.
Zacząłem schodzić stromą serpentyną wśród lasu, początkowo idąc krokiem
lekkim, elastycznym, potem, nabierając rozpędu, przeszedłem w posuwisty
szczęśliwy bieg, który zmienił się wnet w jazdę jak na nartach. Mogłem
dowoli regulować szybkość, kierować jazdą przy pomocy lekkich zwrotów
ciała. W pobliżu miasta zahamowałem ten bieg tryumfalny, zmieniając go
na przyzwoity krok spacerowy. Księżyc stał jeszcze ciągle wysoko.
Transformacje nieba, metamorfozy jego wielokrotnych sklepień w coraz to
kunsztowniejsze konfiguracje nie miały końca. Jak srebrne astrolabium
otwierało niebo w tę noc czarodziejską mechanizm wnętrza i ukazywało w
nieskończonych ewolucjach złocistą matematykę swych kół i trybów. Na
rynku spotkałem ludzi zażywających przechadzki. Wszyscy, oczarowani
widowiskiem tej nocy, mieli twarze wzniesione i srebrne od magii nieba.
Troska o portfel opuściła mnie zupełnie. Ojciec, pogrążony w swych
dziwactwach, zapewne zapomniał już o zgubie, o matkę nie dbałem. W taką
noc, jedyną w roku, przychodzą szczęśliwe myśli, natchnienia, wieszcze
tknięcia palca bożego. Pełen pomysłów i inspiracji, chciałem skierować
się do domu, gdy zaszli mi drogę koledzy z książkami pod pachą. Zbyt
wcześnie wyszli do szkoły, obudzeni jasnością tej nocy, która nie
chciała się skończyć. Poszlimy gromadą na spacer stromo spadającą
ulicą, z której wiał powiew fiołków, niepewni, czy to jeszcze magia nocy
srebrzyła się na śniegu, czy też świt już wstawał...