Sklepy cynamonowe · Bruno Schulz

Chapter 10: Pan Karol

Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany,

wybierał się pieszo do letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta,

do żony i dzieci, które tam na wywczasach bawiły. Od czasu wyjazdu żony

mieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaśœcielane nigdy. Pan Karol

przychodził do mieszkania późŸną nocą, sponiewierany, spustoszony przez

nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste. Zmięta,

chłodna, dziko rozrzucona pośœciel była dlań wówczas jakąœś błogą

przystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jak

rozbitek, miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze. Omackiem, w

ciemności zapadał się gdzieśœ między białawe chmury, pasma i zwały

chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową na

dół, wbity ciemieniem w puszysty miąższ pośœcieli, jak gdyby chciał we

œśnie przewiercić, przewędrować na wskrośœ te rosnące nocą, potężne masywy

pierzyn. Walczył we śœnie z tą pośœcielą, jak pływak z wodą, ugniatał ją i

miesił ciałem, jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budził

się o szarym œświcie zdyszany, oblany potem, wyrzucony na brzeg tego

stosu poœścieli, którego zmóc nie mógł w ciężkich zapasach nocnych. Tak

na wpół wyrzucony z toni snu, wisiał przez chwilę nieprzytomny na

krawędzi nocy, chwytając piersiami powietrze, a pośœciel rosła dokoła

niego, puchła i nakisała - i zarastała go znowu zwałem ciężkiego,

białawego ciasta. Spał tak do póŸźnego przedpołudnia, podczas gdy

poduszki układały się w wielką, białą, płaską równinę, po której

wędrował uspokojony sen jego. Tymi białymi goœścińcami powracał powoli do

siebie, do dnia, do jawy - i wreszcie otwierał oczy, jak śœpiący pasażer,

gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. W pokoju panował odstały półmrok z

osadem wielu dni samotnoœści i ciszy. Tylko okno kipiało od rannego

rojowiska much i story płonęły jaskrawo. Pan Karol wyziewał ze swego

ciała, z głębi jam cielesnych, resztki dnia wczorajszego. To ziewanie

chwytało go tak konwulsyjnie, jak gdyby chciało go odwrócić na nice. Tak

wyrzucał z siebie ten piasek, te ciężary - nie strawione restancje dnia

wczorajszego. Ulżywszy sobie w ten sposób, i swobodniejszy, wciągał do

notesu wydatki, kalkulował, obliczał i marzył. Potem leżał długo

nieruchomy, z szklanymi oczyma, które były koloru wody, wypukłe i

wilgotne. W wodnistym półmroku pokoju, rozjaśœnionym refleksem dnia

upalnego za storami, oczy jego jak maleńkie lusterka odbijały wszystkie

błyszczące przedmioty: białe plamy słońca w szparach okna, złoty

prostokąt stor, i powtarzały, jak kropla wody, cały pokój z ciszą

dywanów i pustych krzeseł. Tymczasem dzień za storami huczał coraz

płomienniej bzykaniem much oszalałych od słońca. Okno nie mogło

pomieœścić tego białego pożaru i story omdlewały od jasnych falowań.

Wtedy wywlekał się z pośœcieli i siedział jeszcze jakiœ czas na łóżku,

stękając bezwiednie. Jego trzydziestokilkoletnie ciało zaczynało

skłaniać się do korpulencji. W tym organizmie, nabrzmiewającym

tłuszczem, znękanym od nadużyć płciowych, ale wciąż wzbierającym bujnymi

sokami, zdawał się teraz zwolna dojrzewać w tej ciszy jego przyszły los.

Gdy tak siedział w bezmyśœlnym, wegetatywnym osłupieniu, cały zamieniony

w krążenie, w respirację, w głębokie pulsowanie soków, rosła w głębi

jego ciała, spoconego i pokrytego włosem w rozlicznych miejscach, jakaœś

nieświadoma, nie sformułowana przyszłoœść, niby potworna narośœl,

wyrastająca fantastycznie w nieznaną dymensję. Nie przerażał się jej,

gdyż czuł już swoją tożsamoœć z tym niewiadomym a ogromnym, które miało

nadejśœć, i rósł razem z nim bez sprzeciwu, w dziwnej zgodzie, zdrętwiały

spokojną grozą, odpoznając przyszłego siebie w tych kolosalnych

wykwitach, w tych fantastycznych spiętrzeniach, które przed jego

wzrokiem wewnętrznym dojrzewały. Jedno jego oko lekko wtedy zbaczało na

zewnątrz, jak gdyby odchodziło w inny wymiar. Potem z tych bezmyśœlnych

otumanieni z tych zatraconych dali powracał znów do siebie i do chwili;

widział swe stopy na dywanie, tłuste i delikatne jak u kobiety, i powoli

wyjmował złote spinki z mankietów dziennej koszuli. Potem szedł do

kuchni i znajdował tam w cienistym kącie wiaderko z wodą, krążek

cichego, czujnego zwierciadła, które nań tam czekało - jedyna żywa i

wiedząca istota w tym pustym mieszkaniu. Nalewał do miednicy wody i

kosztował skórą jej młodej i odstałej, słodkawej mokroœści. Długo i

starannie robił toaletę, nie spiesząc się i włączając pauzy między

poszczególne manipulacje. To mieszkanie, puste i zapuszczone, nie

uznawało go, te meble i śœciany śœledziły za nim z milczącą krytyką. Czuł

się, wchodząc w ich ciszę, jak intruz w tym podwodnym, zatopionym

królestwie, w którym płynął inny, odrębny czas. Otwierając własne

szuflady, miał uczucie złodzieja i chodził mimo woli na palcach, bojąc

się obudzić hałaœśliwe i nadmierne echo, czekające drażliwie na

najlżejszą przyczynę, by wybuchnąć. A gdy wreszcie, idąc cicho od szafy

do szafy, znajdował kawałek po kawałku wszystko potrzebne i kończył

toaletę wśœród tych mebli, które tolerowały go w milczeniu, z nieobecną

miną, i wreszcie był gotów, to stojąc na odejœściu z kapeluszem w ręku,

czuł się zażenowany, że i w ostatniej chwili nie mógł znaleźŸć słowa,

które by rozwiązało to wrogie milczenie, i odchodził ku drzwiom

zrezygnowany, zwolna, ze spuszczoną głową - gdy w przeciwną stronę

oddalał się tymczasem bez pośœpiechu - w głąb zwierciadła - ktośœ

odwrócony na zawsze plecami - przez pustą amfiladę pokojów, które nie

istniały.