Lato leśnych ludzi · Maria Rodziewiczówna

Chapter 17: Odloty

Pewnego dnia Rosomak wrócił z samotnej wędrówki i rzekł, siadając za stołem:

— Odleciały już wszystkie śpiewaki — i wrzosy w całej krasie płoną.

Nikt nie odpowiedział, bo rozumieli, co to znaczy. Dopiero po chwili Pantera stęknął:

— Dobrze ptakom. Które wytrzyma drogę — do słońca się dostanie i ciepła! Ale ja wrócę do Drozdowej.

Mimowoli zaśmieli się wszyscy.

— Ja — do sztuby — rzekł Orlik.

— Ja — do roli! — dorzucił Bartnik.

— Ja — do laboratorjum! — mruknął Żuraw.

— Ja — do bibljotek i książek! — zakończył Rosomak. — Ale każdy do pracy, więc nie wolno wyrzekać.

— To czemu wódz nie śpiewa z uciechy! — warknął Pantera zbuntowany.

— Bo o tym czasie nikt w boru nie śpiewa — i dodał, zabierając się do jadła:

— Naszykuj, Pantero, wóz. Trzeba odstawić do ludzi zapasy i zdobycze.

— Wolałbym psy łapać, jak tę drogę. Przecież zabawimy jeszcze trochę?

— Zabawimy do dnia, gdy ruszą nasze żorawie! Lada dzień z północy, dalsze — już popłyną.

— Tak! Żegnania nadszedł czas! — westchnął Orlik.

— Ba! Co ci za bieda! Wrócisz do profesorowej — zaśmiał się Pantera.

— Pantera zapomina, żem już nie rekrut Coto, ale Orlik bojowy! — hardo chłopak odpowiedział.

— On zawsze jesienią jak mucha cięty! — przeciął możliwą sprzeczkę Rosomak.

Opróżniała się chata. Szczepańska wróciła do domu lny zbierać, Odrowąż z Bartnikiem do pasieki swej i młocki nasiennego ziarna.

Na połów rybny wypływał Rosomak sam i ściągał z dalekich hatów na strych do chaty kosze i więcierze. Reszta rozpraszała się po borze; zbierali jarzębiny, żołędzie, orzechy, szyszki — i klecili powietrzne szałasy, gdzie tę zdobycz składali na żywność dla zimujących ptaków. Pracował Orlik z Żurawiem, bo Pantera, o ile nie odwoził zapasów za Tęczowy Most, po całych dniach „żegnał znajomych“, jak mówił.

Słońce wyczarowało ostatni swój kilim i rzuciło go na wszelkie halizny, góry, pustkowia. Zwarta, puszysta, subtelnie jesienna szata wrzosów ustroiła ziemię. Na tem tle panoszyły się olbrzymie muchomory, krasne kozaki i syrojadki — ostatnie grzyby.

Ranki wstawały leniwe, w mgłach chłodnych, pod stopą chrzęściały zaschłe mchy, zioła i paprocie, a cisza była taka, ze wieczorem, z oddali wielkiej, gdzie były wsie, słychać było przeciągłe, smętne, monotonne granie jesiennych, pastuszych surm.

Bór stał zadumany i zegnał lato całą tęczą barw liści gasnących.

— Na śmierć się stroją, jak na gody! Nie tak, jak głupie ludzie, co się jej boją — mówił Rosomak, patrząc na złote i purpurowe drzewa.

Co wieczór Pantera nasłuchiwał żórawi i każdy ciągnący sznur oczami przeprowadzał, aż raz rzekł szeptem do Orlika, gdy szli spać.

— Dziś na lęgach naszych było cicho, a nasz domowy cały dzień krzyczał. Pewnie je poznał na niebie. Odleciały.

— Może wódz nie zauważył! — odparł Orlik.

— Oho, na to nie licz! On wszystko słyszy! Boję się o jutro!

Ale owo jutro była niedziela i Rosomak po pacierzach zakomenderował wyprawę.

— Weźcie chleba do torb, bo wrócimy na wieczór. Trzeba żerowiska zimowe obejrzeć, wszystko zlustrować, wszędzie dotrzeć.

— Ostatnie odwiedziny! — rzekł Pantera.

Nic na to nie rzekł Rosomak i poszli swym lekkim, wprawnym chodem, co bez trudu połykał mile.

Odwiedzili pszczoły, jeziora, zakąty, tajenka ptasze, borsucze i lisie nory, obeszli stogi, ścieżki swe letnie, przesmyki po bagnach, o południu spoczęli we wrzosach, ukołysani brzękiem pszczół, biorących pilnie ostatni pożytek.

Porywały im się z pod nóg stada cietrzewi, a towarzyszyły po drzewach stada zimujących drobnych ptasząt, żerujących gromadnie.

— Patrz — pokazywał Pantera Orlikowi. — Zbierze się taka rożnobarwna czereda: bogatki, modraczki, sosnówki, raniuszki, sikorzy naród. Dobiorą sobie parę zięb i parę dzięciołów i plondruje to gromadnie całą jesień i zimę. Całą puszczę z robactwa obiorą. Włóczy się to, ćwierka, a dzięcioły na alarm krzyczą, jak jastrzębia trwoga.

Czasami ciszę lasu przerywał chrapliwy krzyk sójki lub orzechówki, zresztą, szli w ciszy i tylko szeleściały liście i trzaskały suche gałązki.

Wracając z obchodu ku domowi, skręcił Rosomak na mogiłę Chorążego i odśpiewali mu narodowe pieśni, a potem, milcząc, skierowali się do chaty.

Słońce gasło. Żórawie nie grały, chłodne mgły wstawały z bagien, długie cienie kładły gąszcza. Spotkali wracające z paszy swe bydlątka i wyszedł na ich głosy ku nim żóraw chowany, radośnie witając.

Znaleźli też Bartnika, który przyniósł miodu i świeżego, nowego chleba.

— Jasny jest i jakby jeszcze polem pachniał. Potem nabierze stęchliny śpichrzowej i już zimą go czuć. Więc matka mnie pchnęła rak jeszcze ciepły był, żeby wam smakował!

A miodu tośmy trzy faski naleli — i ojciec już wczoraj pierwsze żyto zasiał!

Umiem już cepem walić. Cztery dni z dziadem młóciliśmy: Łupu cupu, cupu łupu!

— Ale, aż tu słychać było!

Tu Bartnik trącił Orlika i szepnął:

— Surmę przyniosłem, leży w łozach. Zadmiem po wieczerzy. Ja cię nauczę!

Zasiedli do posiłku. Jasny chleb pożywali i złotą patokę i mieli wrażenie, że karmią się słoneczną mocą lata, co tę pierwotną żywność człowieczą wyczarowało z ziemi rodzicielki.

A potem Pantera dzban pieniącego mleka na stół podał — i zbytnie było rozpalanie ognia na kuchni.

Cichaczem wymknęli się z izby chłopcy i po chwili zajęczała żałośnie surma.

W chacie zapanowało milczenie, a wreszcie po chwili Rosomak zdjął skrzypce ze ściany i począł do tonu tego coś snuć.

— Rapsod naszego lata — rzekł Żuraw.

Bez tchu wrócił Bartnik i Orlik i wszyscy słuchali.

W izbie było ciemno, tylko rubinowa skierka lampki oświetlała Koronę Częstochowskiej, ale oto nad polanę wypłynął miesiąc i srebrną ścieżkę rzucił przez okno.

Przeciągłym akordem surmy zakończył Rosomak swe granie i wstał.

Chwilę jakby się wahał, zapatrzony w miesiąc, aż wreszcie spokojnie rzekł:

— Bartniku, skoczysz jutro rano do dziada i powiesz, że odjeżdżamy.

Nikt się nie odezwał.

— Czas nam. Popłynęły nasze żórawie. Dobre było, Boże lato. Ileś znalazł nowych roślin, Żurawiu?

— Sto trzydzieści siedm — odparł ścisły Żuraw.

— Moje zdobycz mniejsza. Tylko jedenaście nowych gatunków ptasich jaj i gniazda puste remiza.

— Ale zato zbadany dziewiczy ostęp i tam na przyszłą wiosnę zdobędziemy puhacze jaja i głuszce, i przypatrzymy się, jak remizy budują — rzekł Pantera.

— Tom rad, że już o wiośnie marzysz.

— A cóż! Gryzłem się, gryzłem, aż się przegryzłem. Zresztą sam nie zostanę na zimę. Bartnik mi przybył. Będziemy tu dojeżdżać — i we dwóch na wiosnę się szykować.

— O! Jużem się z matką rozmówił! Co dni parę do was przylecę. Mamy źróbkę młodą, co mi będzie służyć. Wódz pozwoli książki nauki o borze i zwierzu i pszczołach czytać.

— Ile i jakie zechcesz.

— Ja w każde ferje do was przyjadę! — rzekł Orlik.

— No to i:

„Precz, precz od nas smutek wszelki“

zaśpiewał fałszywie Pantera.

— Ucieszmy się miesięczną nocą! — rzekł Żuraw.

Wyszli z izby i obsiedli dębową podwalinę.

— Jako w Kwietniu. Pamiętacie? — rzekł Pantera.

Polana była przesycona srebrem miesiąca, a drzewa stały we mgle, jak nieziemskie.

Tylko cisza, i skupienie, i wielka powaga panowały nad tą jesienną nocą. Wszystko żywe skupiało i taiło siły, by przetrwać do nowego zmartwychwstania, by przeżyć pozorną śmierć.

Tak było cicho, że słychać było spadanie liści, co się słały po ziemi, na ochronę mocy odrodzenia zawartej w korzeniu, i szelest robaczka, co rył sobie pod korą kryjówkę, by ożyć w niej na wiosnę.

Milczeli i ludzie, też o przetrwaniu myśląc, tylko Rosomak, w dal srebrną zapatrzony, miał oczy promienne i czasami drgnęły mu wargi wewnętrznem słowem.

Trącił go Żuraw w ramię.

— Mów! — szepnął.

Cicho i powoli zaczął — jakby z głębi duszy odrywały się myśli i, skrępowane ubóstwem wyrazów, szukały dla uczuć dźwięku.

— Pozdrowiony bądź Mistrzu, cudów piękna i mądrości stworzycielu. Tyś jest tu z nami w każdym kształcie, dźwięku, woni — i z Tobą myśmy to lato przebyli. Niech Ci będą dzięki za dzień każdy i każdą chwilę, niech Ci będą dzięki, żeś nam otworzył oczy i uszy, by Twoje piękno rozumieć i żyć niem, jak chlebem. Niech Ci będą dzięki za zdrowie duszy i ciała, za słońce i zdrój — kwiat i jagodę, za znój i spoczynek — za pogodę naszych serc.

Zachowaj, Ojcze, nas, co odchodzimy, i to, co tu zostaje, a z czem żyliśmy to lato jako bracia, w całości, i mocy, i zdrowiu, byśmy przetrwali i odnaleźli się w radości nowego życia, na bytowanie w tym Twoim chramie.

Serca nasze, Ojcze, na światy rozszerzaj, myśli nasze ku Twej mądrości kieruj i, jako w tym borze, bądź naszym władcą i prawem!

— Amen, amen, amen! — potwierdzili uroczyście, zapatrzeni w niebo, zasłuchani w ciszę.

I tak się skończył ostatni wieczór lata leśnych ludzi.

25 kwiecień 1920.

KONIEC.

The end.